Golfem przez
Cypr

Jak uciekłem z rodziną przed zimą dekady prosto w… nie tak gorący, wyspiarski klimat

Tym razem do mojej dyspozycji oddano Volkswagena Golfa 8. Ja, pełny bak w małym kombi, rodzina na pokładzie i plan na 1000 kilometrów „lewostronnej” wycieczki. Pogoda zapowiadała się zacnie, a termometr miał wskazywać regularnie 18 stopni przez cały tydzień. Dlaczego akurat Cypr? Tym bardziej w styczniu? Nie wiem, ale wiesz jak to jest – „to była nasza wspólna decyzja”.

Lotnisko Warszawa-Radom

to faktycznie myląca nazwa. Pierwszy raz miałem okazję lecieć w świat z tej właśnie lokalizacji. I chociaż małe lotniska nie są mi obce, to to wyjątkowo mnie zaskoczyło. Po 90 minutach relaksacyjnej jazdy z Targówka (Warszawa) dotarliśmy na parking, który od terminali dzieli zaledwie 300 metrów marszu. Od razu zaskoczyła nas… pustka.

Na placu, posiadającym kilkaset miejsc parkingowych, stało zaledwie kilkadziesiąt samochodów. Chociaż wylot planowano na późne popołudnie, nie widzieliśmy wokół siebie ni żywej duszy. Miejsce zdawało się być opustoszałe i nieczynne. Klimat rodem z Sillent Hill towarzyszył nam również po wejściu do budynku lotniska. Owszem, włączone światła, muzyka i kilka uśmiechniętych osób z obsługi, były dowodem na to, że lotnisko jest czynne, a my mamy szansę załapać się na nasz samolot.

Jak nam szybko wyjaśniono, lotnisko w Radomiu obsługuje… tutaj należy postawić znaczącą pauzę… dwa loty tygodniowo, czyli cztery tzw. operacje lotnicze (suma startów i lądowań). Tak, warto to sobie głośno powtórzyć – dwa loty tygodniowo. Tydzień wcześniej lądowałem na największym lotnisku w Europie, we Frankfurcie, które obsługuje średnio 1300 operacji lotniczych dziennie. Polskie lotnisko w Pyrzowicach (Katowice), obsługuje 150 operacji dziennie. Zatem, parafrazując to zestawienie liczb, można delikatnie ująć w słowach definicję lotniska w Radomiu – to zadupie.

Nowoczesne, czyste, cudownie puste i komfortowe zadupie. Polecam loty z tego lotniska każdemu, kto ceni wygodę, przestrzeń i spokój. Fenomenalne miejsce. Niestety, obecnie obsługuje wyłącznie loty na Cypr, ale już wkrótce mają otrzymać nową, tzw. mapę lotów i obsługiwać większy wolumen operacji lotniczych.

Załóż GOLF

gdy na dworze wiatr – zwykła mawiać moja babcia. I to zdanie można śmiało powtórzyć, gdy mówimy o Volkswagenie Golfie z 2025 roku, tzw. wersji 8 i pół. Dlaczego? Z niewiadomych przyczyn, nie jestem w stanie wsiąść do niego w godny i cywilizowany sposób. Za każdym razem mam wrażenie jakbym ubierał na siebie zbyt ciasny Golf. Przy maksymalnym obniżeniu fotela, ustawieniu bezpiecznej pozycji i maksymalnym uniesieniu i wysunięciu kolumny, wciąż brakuje miejsca na zmieszczenie pod kierownicą mojej nogi. Mam 196 cm wzrostu i mógłbym przysiąc, że wsiadanie do POLO pierwszej generacji było dużo łatwiejsze.

Golf posiada kilka plusów i może się nieźle sprawdzić jako mały, rodzinny samochód. Sporych rozmiarów bagażnik, jak na tę klasę , jest w wersji Variant ustawny i głęboki. W kabinie, gdy już uda Ci się do niej wślizgnąć, jest dużo miejsca, zarówno wszerz jak i nad głową. Nie brakuje go również z tyłu. I na tym można zakończyć listę praktycznych rozwiązań małego Volkswagena.

Malutkie, mechaniczne serce,

które bije pod maską Golfa, oferuje jedynie 150 koni mechanicznych mocy, uzyskiwanej z pojemności 1,5 litra. Wiem, że w dzisiejszych czasach tak mała pojemność nikogo nie dziwi, szczególnie w małym samochodzie. Pragnę jednak przypomnieć, że 150 koni z dwulitrowego diesela w dziesięcioletnim VW Passat, zatem w znacznie większym pojeździe, oddaje moc w zdecydowanie bardziej dynamiczny i przyjemny sposób. Nowiutki Golf redukuje bieg swojej niezawodnej skrzyni DSG, krzyczy i wyje, zbiera się w sobie, napina muskuły…i niestety nie jedzie.

Da się go rozpędzić i całkiem przyzwoicie złożyć w zakrętach, jednak to wszystko czego możemy się spodziewać po popularnej wersji flagowego hatchbacka Volkswagena. Przyzwoity rozmiar, niezła funkcjonalność, przeciętnie nudny wygląd i absolutny brak emocji za kierownicą.

Czy zatem Golf oferuje coś w zamian? Odpowiedzią może być niskie spalanie, które w trybie mieszanym utrzymałem na poziomie 5,5 litra na 100 kilometrów. Jednocześnie, gdy tylko silnik musiał pracować pod większym obciążeniem, przy prędkościach autostradowych lub na górskich serpentynach, spalanie wzrastało do 7 litrów. To wciąż akceptowalny poziom.

Proszę powiesić człowieka,

który programował w tym samochodzie system ACC (Adaptive Cruise Control). Właściwie to wymyślmy proszę jakąś srogą karę dla inżynierów, którzy programują współczesne warianty tych systemów w różnych markach.

Rozumiem, lubię i szanuję klasyczny, adaptacyjny tempomat, który dostosowuje prędkość do pozostałych pojazdów na drodze, w ramach zadanego przeze mnie limitu. Przydatne rozwiązanie przy długiej, nużąco prostej trasie. Ale na diabła „wzbogacać” ten system o samoczynne spowalnianie pojazdu podczas jazdy bez aktywnego tempomatu? Zamiast być kierowcą i czuć jak auto reaguje na moje działania, czułem się, jakbym prowadził protezę.

Jak to działa? Gdy wybierasz ACC z konsoli, samochód próbuje być mądrzejszy od Ciebie. Kiedyś do Twojej dyspozycji oddawano system awaryjnego hamowania, który mógł uratować Cię przed nocnym zderzeniem z niewidzialną sarną. Chociaż i to było zbyteczne i okazywało się bardzo niebezpieczne podczas dynamicznej jazdy. Dzisiaj ten system ewoluował i jest czymś pomiędzy tempomatem, awaryjnym spowalniaczem, a teściową, siedzącą na tylnej kanapie i szarpiącą zębami linkę hamulcową.

Tak, wiem. Tam już dawno nie ma żadnej linki hamulcowej. To akurat plus. Jednak nie każda elektronika została stworzona w służbie człowieka.

System utrudniania

jazdy, to właściwa nazwa na ostatnie wcielenie tzw. Infotainment Volkswagena. Brak fizycznych przycisków i klimatyzacja sterowana z poziomu ekranu to dopiero początek listy naszych zmartwień. Wyłączenie sygnalizowania o przekroczeniu dozwolonej prędkości i idiotycznego line assist możesz wykonać z poziomu kierownicy. Jednak wciąż musisz „przeklikać się” przez małe menu na wyświetlaczu kierowcy. Aby wyłączyć system start-stop, czy zmienić tryb jazdy, musisz wejść w menu ustawień i tam odnaleźć właściwe opcje. A obsługa klimatyzacji jest tak intuicyjna jak zgadywanie wyników lotto.

Spokojnie, będą też pozytywy. Jeśli masz już dość mojego narzekania, przeskocz śmiało do części, w której piszę nieco na temat samej wyspy i miejsc, które odwiedziliśmy. Zanim jednak o tym, muszę jeszcze powiedzieć ostatnią rzecz na temat Golfa.

Beznadziejna lokalizacja wizualnej reprezentacji czujników parkowania na ekranie. Wyobraź sobie, że przegapiłeś właściwy zjazd i właśnie stoisz w korku, w nieznanym Ci mieście. Nawigacja przelicza trasę i już ma wygłosić nowe wskazówki, gdy połowę ekranu, w tym istotną dla Ciebie połowę wyświetlanej mapy, zasłania grafika z czujnikami. Oczywiście możesz ją wyłączyć, klikając w lewy dolny ruch, ale korek właśnie ruszył, za Tobą już trąbią, a Ty wciąż nie wiesz, gdzie masz teraz skręcić. Oto przykład technologii w służbie człowieka. Klękajcie narody.

Wylot na Cypr w styczniu

może wydawać się kiepskim pomysłem. Przeciętnie satysfakcjonujące temperatury, połowa restauracji i infrastruktury turystycznej nieczynna, a do tego zdradliwie ciepło-chłodny wiatr. Nic bardziej mylnego.

Wspomniane powyżej okoliczności to idealne warunki wypoczynku dla takich ludzi jak ja. Na co dzień pracuję z zespołami sprzedażowymi i poznaje w ciągu roku dosłownie setki osób. Zatem podczas wypoczynku, lubię być z dala od zapchanych plaż, zatłoczonych parkingów, gwaru, śmieci na piasku i w znaczącej odległości od ludzkich pierdów i zapachu kebaba. Właśnie dlatego styczniowy Cypr okazał się dla mnie destynacją niemal idealną.

Napisałem „niemal”, ponieważ moja ukochana zarezerwowała dla nas apartament przy pewnej, znanej na całą Europę plaży. Znanej z tego, że można na niej, z poziomu swojego leżaka, obserwować samoloty, które dopiero co wystartowały z lotniska Larnaka. Powiem ci, miód malina dla moich uszu i lekkiego snu komandosa. Na szczęście to była ostatnia z przykrych niespodzianek, a ja aktualnie szukam nowej żony. Żarty na bok.

Turecka strona Cypru

to tak naprawdę europjeska maskarada, która ma na celu nieustanne zapobieganie ponownemu wybuchowi lokalnego konfliktu, pomiędzy Republiką Cypryjską, a cypryjskimi Turkami. Chciałbym to bardzo mocno podkreślić, nie ma w światowej geopolityce takiego tworu jak „Turecka część Cypru”, albo „Turcja na Cyprze”. Narody świata poparły ideę pseudo-granicy, aby mieszkańcy Cypru mogli zdecydować, po której stronie mieszkać i kogo mieć za sąsiada w bloku. Oczywiście sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale w telegraficznym skrócie ma się właśnie tak.

Dlatego zdecydowanie odradzam odwiedzanie Nikozji. Stolicę Cypru odwiedziliśmy pod koniec naszego pobytu i mogę śmiało zadeklarować, że nigdy więcej się tam nie pojawię. Nie ma po co. Serio. W promieniu 200 metrów od przejścia granicznego, dzielącego miasto na pół, wszystko wygląda nieźle. Dalej, poza przygotowaną dla turystów strefą po obu stronach, klasyczny bałagan w wyspiarskim stylu. Zburzone budynki, dziurawe ulice, kawiarnie, do których trzeba wchodzić z latarką i sporo osób, noszących na twarzach i ciele ślady konfliktów z lat 60 i 70 ubiegłego stulecia.

Po co ludzie tam jeżdżą? Już wyjaśniam. Wszyscy turyści, których napotkałem w Nikozji, chcieli zjeść oryginalnego tureckiego kebaba, wejść do meczetu i kupić podróbki firmowych ubrań, wykonanych z delikatnej i trwałej tureckiej bawełny. Moja rada – na tureckie jedzenie jedźcie do Turcji, do meczetu nie wchodźcie, a wspomniane podróbki kupicie w polskim centrum Ptak w Łodzi.

Lazurowe wybrzeże

nie powinno odnosić się w nazwie wyłącznie do południa Francji. Południowy brzeg Cypru, a będąc bardziej dokładnym, miasto Ajia Napa (plaża Nissi), oferuje równie rajskie zatoki, z delikatnym piaskiem i turkusowo-błękitną wodą. Będąc na miejscu możesz odpocząć w hotelowym klimacie najbardziej komercyjnych odcinków linii brzegowej, lub zapolować na swój własny, prywatny odcinek raju. Ale ostrożnie.

Ten fragment wybrzeża potrafi solidnie zaskoczyć nieprzygotowanych wczasowiczów. Szczególnie tych nieobytych w humorach Morza Śródziemnego. Piękne rafy koralowe zawsze oznaczają ostre skały, uskoki i zmienne podłoże dna. Jeśli planujesz odpoczywać przy dzikiej plaży, miej to zawsze na uwadze. Pomijam oczywiście to, że plażowanie na Cyprze w styczniu ograniczyliśmy do długich spacerów na styku piasku i fal.

Ciekawostka – w Ajia Napa znajdziesz sklep z odzieżą, bibelotami, pamiątkami i sporą kolekcją resoraków Burago. Właściciel jest zapalonym fanem motoryzacji i z chęcią pogada z Tobą o swojej kolekcji samochodów. Zarówno tych małych jak i tych dużych. Linki, do sklepu jak i do innych lokalizacji, które odwiedziliśmy, zamieszczam pod artykułem.

Osły, wielbłądy i lemury

to tylko nieliczni przedstawiciele lokalnej, cypryjskiej fauny. Chociaż, będąc bardziej precyzyjnym, powinienem wyjaśnić, że jedynie osły występują na Cyprze w naturze. Wielbłądy i lemury znajdziesz jedynie w ogrodach zoologicznych i w gospodarstwach komercyjnych. Drapieżnikiem szczytowym na wyspie są natomiast zdecydowanie koty. Koty, kociaki, kłębuszki, kizi-mizi, puszki, wszelkiej maści i w niezliczonej ilości.

Te bezdomne, piękne i zupełnie niegodne zaufania sierściuchy rozmnożyły się na Cyprze jak plaga. Na szczęście nie przeszkadzają, tylko leniwie snują się po plażach, deptakach i alejkach. Lokalni mieszkańcy nie pochwalają ich dokarmiania i ja siędo tej  opinii przychylam. Nic nie psuje wieczoru na Cyprze, jak kilka zawodzących pod balkonem kotów, którym godzinę temu daliśmy whiskas.

Wrócę na chwilę do lemurów, które na żywo mają niewiele wspólnego ze słynnym Królem Julianem z animacji „Pingwiny z Madagaskaru”. Lemury są zwinne, zaskakująco szczupłe i pluszowe jednocześnie, a do tego…cholernie agresywne.
Gdy zobaczą Cię stojącego z warzywami w dłoni, podbiegają i w momencie siadają przyjacielsko na Twoim ramieniu, aby skubnąć trochę marchewki i sałaty. Ale gdy tylko spróbujesz któregoś z nich pogłaskać, albo podrapać za uchem, szybko zrozumiesz, dlaczego opiekunka w Zoo ma na dłoniach świeże plastry. A gryzą skubane boleśnie.

Czy warto

odwiedzić Cypr w styczniu? To pierwsze pytanie. Drugie – czy Golf 8 i pół to dobry samochód?

To była moja pierwsza wizyta na Cyprze. Na pewno wrócę na tę wyspę w przyszłym roku. Zmienię jednak trzy parametry naszej rodzinnej wycieczki w 2027. Po pierwsze, wybierzemy apartament w Ajia Napa, nieopodal bajecznych zatoczek i z dala od lotnisk.

Po drugie, przylecimy w kwietniu. Pogoda będzie już znacznie bardziej wakacyjna, morze cieplejsze, a turystów wciąż będzie niewielu. To powinno dać idealne warunki do rodzinnego, aktywnego relaksu i cieszenia się wszystkimi atrakcjami na wyspie.

Po trzecie, zmienimy samochód. Volkswagen Golf 8 Variant ETSI to przyzwoita maszyna. Poprawna i całkiem praktyczna. Chociaż wciąż daleki od ideału małego, rodzinnego samochodu, to stawiam go kropkę wyżej nad tzw. crossoverami. Proponuję natomiast, jeśli już zamierzasz kupić nowego Golfa, wybrać wersję Variant R, w której znajdziesz pod maską 2 litrowy silnik, generujący 333 konie mocy oraz sprawdzony na pęd na cztery koła 4motion. To sprawi, że Twój rozsądny i nudny samochodzik od czasu do czasu pokaże swoją drugą naturę i da Ci odrobinę frajdy z jazdy.

Ale zaraz… czy naprawdę warto płacić ponad 200 tysięcy za Golfa?

~Marcin DRWAL Sławek

Najbliższe, premierowe wydanie Dziupli Drwala już 24 lutego. A w nim 3 nowe artykuły, 3 filmy i zaproszenie na spotkanie online dla Klubowiczów. Wejdź do Dziupli i  dołącz do Klubu pasjonatów motoryzacji.

REJESTRACJA

Ochrona Danych Osobowych

Treści marketingowe

14 + 13 =