Spowiedź
Tysona
Biografie wielkich ludzi często zaczynają się
od smutnej i trudnej historii
16 listopada 2024 roku Mike Tyson wracił ring, stając naprzeciw Paula Logana, w największej freak walce w historii przemysłu rozrywkowego. Jedna z najbardziej błyskotliwych bokserskich karier, pełna spektakularnych sukcesów, wzlotów, upadków i skandali, zamknęła kolejny rozdział. Zapewne nie ostatni. Po 9 latach od premiery biografii Tysona – Moja Prawda – postanowiłem sięgnąć po nią ponownie i sprawdzić, jak dzisiaj świat postrzega Żelaznego Mike’a.
Okładka książki „MikeTyson Moja Prawda” – wydawnictwo Sine Qua Nonere.
Punkt widzenia
zależy od pubktu siedzenia. Domyślam się, że w Twojej biblioteczce znajdzie się kilka biografii znanych i lubianych. Może pomiędzy nimi despotyczna postać któregoś ze wschodnich dyktatorów, albo nieznanego, drugoplanowego aktora, którego darzysz sympatią? Może masz na półce komplet pamiętników żołnierzy, którzy oddali życie za ludzkość i wolność podczas drugiej wojny światowej? Ciekawe czy wśród posiadanych przez Ciebie książek jest „Moja Prawda”, czyli zebrane w zgrabną całość przez Larry’ego Slomana wspomnienia 48 lat życia Mike’a Tyson’a?
Ta zaskakująca lektura pierwszy raz wpadła w moje ręce, gdy wybierałem prezent na urodziny mojego przyjaciela, kickboxera i kulturysty, pasjonata i praktyka sztuk walki. Uznałem, że to będzie dobry pomysł. Po dwóch latach sam postanowiłem ją przeczytać. Bardzo szybko, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że nie jest to książka o sporcie.
Nie jest to również książka szczegółowo opisująca karierę Mike’a, ani nawet zakulisowe rozgrywki w tajemniczych branżach profesjonalnego boksu i promowania walk. Kilka zdań temu celowo użyłem słowa „zaskakująca”, ponieważ jeśli można cokolwiek powiedzieć o biografii Tysona na pewno, to to właśnie, że jest zaskakująca. I to przez duże „Z”.
Znałem wcześniej kilka faktów z życia najmłodszego mistrza wagi ciężkiej w historii zawodowego boksu. Oglądałem kilkukrotnie jego wszystkie walki.
Pamiętam pewien wieczór w nieistniejącej już katowickiej restauracji „Rudy Goblin”. Jeden z tych wieczorów, który w doborowym towarzystwie niezauważalnie zamienił się w poranek. Gdy o 3 nad ranem stoliki opustoszały, drzwi zostały zaryglowane, a przy barze zostało tylko kilku stałych bywalców, uruchomiliśmy laptopa i z kolegami obejrzeliśmy kilkanaście pierwszych walk Tysona.
Te emocjonujące i brutalne pojedynki, z których większość kończyła się w kilka minut, były tym co tworzyło legendę Bestii. Legendę żelaznego Mike’a. Mike sportowca, który szokował i inspirował. Prawdziwego króla ringu, trwożącego rywali jeszcze przed gongiem rozpoczynającym walkę. To był Tyson, którego podziwiały miliony na całym świecie.
Krok w krok, w ślad za jego sukcesem świat obiegały informacje o mrocznej stronie boksera. Słyszałem o niektórych skandalach i w pewnym stopniu podzielałem opinie promowane przez media. Bójki, domowa przemoc, narkotyki, zatargi z prawem i ekscentryczny styl życia. Oglądałem wywiady i od czasu do czasu przeczytałem artykuł na jego temat w sportowej prasie. Jeszcze dwadzieścia lat temu to były jedyne, a przynajmniej najmocniej promowane źródła wiedzy na temat Mike’a i jego poczynań. Dopiero w 2017 poznałem inny punkt widzenia. Jego punkt widzenia.
Pierwszy w historii plakat promujący walkę Mike’a Tyson’a.
Biografie wielkich ludzi
często rozpoczyna historia trudnego dzieciństwa. A przynajmniej trudnego z definicji, gdy porównać je do klasycznego wzorca kochającej rodziny z klasy średniej. Andre Agassi, David Beckham, Elon Musk czy David Goggins, niezależnie od tego czy wychowywali się w ubóstwie czy w dostatku, w dzielnicach biedy czy w luksusach podmiejskich posiadłości, wszyscy mieli skomplikowane relacje ze swoimi ojcami. Relacje, które w dużym stopniu, a czasami wręcz w całości były odpowiedzialne za ich przyszłą postawę, determinację i życiowe sukcesy. Czy zatem prawdą jest, że „diamenty powstają pod dużym ciśnieniem”, a wielkość człowieka musi zrodzić się z presji, bólu i upokorzenia?
Mike Tyson na stronach swojej biografii nie owija w bawełnę. Nie lukruje i nie unika trudnych tematów, nazywając sprawy po imieniu. Dając swoim czytelnikom i fanom brutalny wgląd w swoją historię. Despotyczne, czasem brutalne zachowania ojca i obojętność matki Mike’a od najmłodszych lat odciskały swoje piętno na kilkuletnim chłopcu. Szukając swojego miejsca i sensu poza rodzinnym domem, znalazł zrozumienie, akceptację, a z czasem szacunek na ulicach Brooklynu, wśród złodziei, dilerów narkotyków, alfonsów i prostytutek.
Te strony wciągają czytelnika w całości. Nie dlatego, że są świetnie napisane czy dlatego, że czyta się je jak dobry kryminał. Pierwsze rozdziały czyta się jednym tchem, ponieważ ciężko jest pojąć, w jak trudnych i niebezpiecznych dla dziecka warunkach żył i na swój sposób rozwijał się przyszły czempion boksu wagi ciężkiej.
Tego jak Mike wykształcił w sobie niezrównany instynkt przetrwania, swoistą mieszankę brawury, sprytu, heroicznej głupoty i szczęścia, pewnie nikt nigdy tak naprawdę nie zrozumie. To wie tylko on sam. I tym zapewne chciał się z nami podzielić w swojej książce. Dać się lepiej poznać i pozwolić swoim fanom i opinii publicznej lepiej zrozumieć targające nim demony.
Będziesz mistrzem świata!
Przestępstwa, zatargi z policją, a w konsekwencji zakład poprawczy i odkrycie talentu do boksu to spoiwo pomiędzy pełnym przemocy dzieciństwem Tysona, a jego karierą na ringu. Gdy zrządzeniem losu wpadł pod skrzydło jednego z najważniejszych ówczesnych trenerów boksu, Cus’a D’Amato, rozpoczęła się jego błyskawiczna droga na szczyt. Po współpracy z wybitnymi pięściarzami swoich czasów, Floyd’em Pattersonem czy José Torresem, Cus miał przed sobą jeden z największych talentów bokserskich wszechczasów, ale też i największe, jak się potem okazało, ostatnie w swoim życiu, wyzwanie. Ujarzmić bestię.
D’Amato zwykł mawiać „Bohater i tchórz czują to samo – strach. Różnica polega na tym, co robią z tym strachem. Bohater stawia mu czoła i go pokonuje, podczas gdy tchórz ucieka.” Mike szybko przyswajał nauki swojego mentora, zarówno podczas rozmów jak i te w ringu, a wytwarzająca się między nimi więź uczyniła z nich rodzinę. Cus wiedział, że Mike zostanie najmłodszym mistrzem świata wagi ciężkiej w historii boksu. I właśnie takie nastawienie wpajał swojemu podopiecznemu przy każdej nadarzającej się okazji.
Szczegóły tej relacji i drogi Tysona na szczyt opisują kolejne rozdziały, ale to już musisz odkryć sam. Jeśli chcesz dowiedzieć się w jaki sposób z krnąbrnego i zagubionego dzieciaka Mike przeistoczył się, pod czujnym okiem Cusa w bezlitosną, zdeterminowaną i agresywną maszynę do miażdżenia najtwardszych bokserskich charakterów. I jeśli tak wygląda Mike, którego chcesz zapamiętać, to na tych rozdziałach proponuję zakończyć lekturę „Mojej Prawdy”. Dlaczego?
Jakże niespodziewany potrafi być świat,
gdy nasze wzorce i ideały w rzeczywistością są kłamstwem. Jakie rozczarowanie czujemy, gdy sportowy samochód z plakatu nie jest tak szybki na jaki wygląda, gdy Wenecja, choć piękna na zdjęciach, w rzeczywistości zatyka nozdrza ciężką wonią rzecznego mułu. Tak też często bywa z bohaterami naszej młodości. Po latach kibicowania, trzymania kciuków i naśladowania swoich sportowych idoli, często okazuje się, że skrywali oni mroczne tajemnice. Nie byli ludźmi, za których ich uważaliśmy i jakże odmienne od naszych wyobrażeń były ich kariery i życie.
Daleki jestem od oceny postępowania Tysona i nie osądzam jego wyborów. Mike jest legendą. A legendy bardzo często muszą płacić wysoką cenę za swoją wielkość. Uzależnienie od narkotyków i sexu, może będące sposobem radzenia sobie ze sławą i fortuną, były na szczycie listy przywar mistrza. Te bardzo często czyniły go bezbronnym wobec mediów i wielu osób, które pod przykrywką przyjaźni, czy nawet miłości, wykorzystywały naiwność Tysona.
Smutne i często tragiczne wątki jego życia zajmują znaczną część biografii. Tak znaczną, że wydają się nie mieć końca, a uporczywa powtarzalność popełnianych przez Mike’a złych decyzji jest dla czytelnika wręcz męcząca. Do tej części lektury podchodziłem na raty, raz po raz z trudem przechodząc przez kolejne opisy grupowego sexu i kokainowych wieczorów, które Tyson często przeciągał w narkotyczne maratony.
Czytając wytrwale i zanurzając się w codzienności Mike’a u szczytu jego sławy, możesz odnieść wrażenie, że poza ringiem jego życie było niekończącym się kalejdoskopem przypadkowych kobiet, narkotyków i sądowych pozwów.
Nie mylisz się. Sloman, zwinnie redagując słowa mistrza, niechcący popadł w pewną powtarzalność i rutynę. W tym miejscu „Moja Prawda” jest zwyczajnie nudna i ciężka w odbiorze.
Możliwe, że Tysonowi zależało na tym, aby ta książka była swoistą spowiedzią i publicznym biciem się w pierś. Nie chciał niczego pominąć. Może właśnie dlatego na kolejnych stronach dostajemy kolejną dawkę narkotycznego upojenia i sexu. A po niej kolejną. A po niej następną. Przesyt upodlenia, które łatwo może się do człowieka przykleić i zostać z Tobą na dłużej.
Jeszcze tylko 120 stron
Niedokończona lektura wylądowała na kilka tygodni w mojej biblioteczce. Opasły, ponad 600-stronicowy tom nie zachęcał mnie już do dalszego czytania. Próbując dokończyć książkę, przerzuciłem się na audiobook’a, jednak i to nie pomogło. W drodze do pracy, w godzinnym korku, słuchałem poważnego głosu lektora, który sączył opisy kolejnych, destruktywnych przygód Mike’a przez samochodowe głośniki. To był zły pomysł.
Zamiast ładować baterie i dobrze zacząć dzień, słuchałem jak Tyson podrywał kolejne kobiety, wynajmował kolejne pokoje hotelowe, palił kolejne skręty z kokainą i znowu pakował się w kłopoty. Kiepski początek dnia.
Do tej pory chyba żadna książka tak mnie od siebie nie odrzuciła. Zdarzało się, że rezygnowałem z czytania takiej czy innej pozycji ze względu na kiepską fabułę, infantylne dialogi i postaci, albo wiejącą z kartek nudę. Ale pierwszy raz w życiu, niemal już kończąc książkę, odłożyłem ją na półkę, ponieważ wyzwalała we mnie negatywne odczucia. Czułem się po niej jak popielniczka po imprezie. Smutny i brudny.
I wtedy dotarło do mnie – to bardzo dobra książka! Wzbudziła we mnie emocje, których się po niej nie spodziewałem. Wiernie, choć zapewne wciąż ledwie w kilku procentach, oddaje to co ze zwielokrotnioną siłą musiał na co dzień czuć Mike. Idealnie pokazuje jak trudne i wyniszczające było dotychczasowe życie Tysona. Jak, pomimo tylu poważnych błędów i złych wyborów, raz za razem znajdował w sobie siłę by przeć naprzód i raz za razem podnosić się z desek po ciężkim nokaucie zafundowanym przez życie.
Mike sam mówi o sobie, jak o złym człowieku. Potworze, którego interesowała wyłącznie jego własna satysfakcja i aby ją osiągnąć, był gotów pochłonąć wszystkich na swojej drodze. Właśnie o tym jest ta książka. O tym i o mistrzu, jakiego świat wcześniej i później nie widział… i dlatego postanowiłem do niej wrócić.
~ Marcin DRWAL Sławek